Szukaj na tym blogu

wtorek, 15 listopada 2011

Stare jak świat #2

Pora na drugą część tekstu o historii wina, tym razem od Hellenów do Parkera :-)



Wraz z ekspansją przedsiębiorczych Greków tajniki enologii zostały przeniesione na zachód. Jak grzyby po deszczu wyrastały winnice wokół greckich kolonii na południu Półwyspu Apenińskiego i Prowansji. Hellenowie krzewili też własną kulturę picia wina, polegającą przede wszystkim na organizowaniu sympozjów, czyli wspólnych popitek. Choć podczas tych spotkań alkohol lał się strumieniem, to jednak nie brakowało też politycznych i intelektualnych dyskusji. Zdaniem niektórych historyków, ustrój demokratyczny nie powstałby bez wina. Część Greków pogardzałą wszakże aromatyzowanym trunkiem, uważając, że nadaje się on wyłącznie do torturowania skazańców. Odszczepieńcy snobowali się na wina z Libanu, Palestyny czy Egiptu. Dziesięć litrów wina, które wypijał dziennie słynny atleta Milon z Krotonu, pochodziło z Kalabrii.

W winnej rywalizacji Rzymianie wyprzedzili Greków, choć przez długi czas nie mogli się do wina przekonać. Pili je sporadycznie, zaś kobietom zakazali pić ten trunek w ogóle. Mężczyzna, który przyłapał żonę na jego piciu, mógł skazać partnerkę na śmierć. Rzymianie dlatego całowali żony w usta po powrocie do domu, żeby sprawdzić po oddechu, czy aby nie piły wina.

Winorośl dotarła też do innych obszarów Europy zajętych przez Rzymian: Półwyspu Iberyjskiego i ówczesnej Francji, czyli Galii. To właśnie Galowie wymyślili beczki, w których potem transportowano i przechowywano wino. Wcześniej Rzymianie trzymali trunek w wysmarowanych od spodu żywicą amforach. Dopiero pod koniec I wieku p. n.e. zaczęli używać butelek. Nie trzymali ich jednak w piwnicach. Na ten pomysł wpadli dopiero zakonnicy, którzy chcieli ochronić trunek przed pustoszącymi kraj barbarzyńcami. W całej południowej i środkowej Europie, tam gdzie rozbrzmiewał klasztorny dzwon, można się było spodziewać winnicy. Zakonnicy wynaleźli nowe szczepy, zaczęli stosować technikę przycinania krótko krzewów, a także starali się przenieść winnice do krajów Północy – Flandrii, Germanii, Anglii. To właśnie potrzeba dostosowania szczepów do trudniejszych warunków klimatycznych spowodowała, że powstały pierwsze odmiany szlachetne. 

Odrodzona popularność trunku w Starym Świecie sprawiła, że państwa kolonialne zaczęły uprawiać krzewy w swoich zamorskich dominiach: Hiszpanie w Chile i Argentynie, a następnie w Kalifornii, Burowie w Afryce Południowej. To samo uczynili Anglicy w Australii. Teraz trunki z Nowego Świata skutecznie konkurują z produktami takich winiarskich potęg jak Francja, Włochy czy Hiszpania. W roku 1976 brytyjski handlarz win Steven Spurrier urządził w Paryżu wielkie zawody. Zaprosił najsłynniejszych francuskich kiperów, producentów win z Bordeaux i Burgundii. Specjaliści musieli oceniać wina w ciemno, nie mając pojęcia, czego próbują. Rezultaty były sensacyjne: zarówno wśród białych, jak i czerwonych win wygrały produkty z Kalifornii. 

Wina znad Rodanu, z Bordeaux czy Burgundii poniosły klęskę pomimo tego, że mają swojego piewcę w tak wielkim koneserze jak Robert Parker. To król enologów, „człowiek, który dyktuje ceny na rynku” od Ameryki po Japonię. Sam ówczesny prezydent Francji Jacques Chirac, wręczając mu Krzyż Kawalerski Orderu Legii Honorowej, nazwał go największym znawcą francuskich win na świecie. Nawet jego wrogowie, a ma ich wielu, przyznają, że chyba tylko on, pracując dziesięć godzin dziennie, potrafi ocenić 80 win, by potem usiąść do kolacji z 28 trunkami i bez pudła rozpoznać 22 z nich, łącznie z rocznikami. Dziś żaden szanujący się kupiec nie zaczyna negocjacji bez przewodnika Parkera w ręku, w którym enolog omawia ponad 8 tysięcy win, korzystając ze swojej słynnej 100-punktowej skali.

Jednak nawet „papież francuskich win”, jak mawiają o nim złośliwi, nie potrafi zatrzymać ekspansji trunków z Nowego Świata. A nawet, jak zasugerował dziennik „Liberation”, niechcący się do tego procesu przyczynia. „Butelka francuskiego wina, której da on notę niższą niż 90 punktów, jest nie do sprzedania, ta zaś, którą oceni powyżej 90, nie do kupienia”.

wtorek, 8 listopada 2011

Wino z kraju kangurów

Yellow Tail Shiraz z Nowej Południowej Walii to dość popularne wino zarówno w Polsce jak i w Europie oraz w USA. To właśnie w Stanach zdarzyło mi się pić go najwięcej – jest jednym z ulubionych win mojej siostry.
YT to najbardziej znana marka Casella Wines, winnicy należącej do włoskich imigrantów, przybyłych do Australii na początku XX wieku. Jeśli chodzi o produkcję tego trunku, to ich filozofia była i nadal jest dość prosta: robić takie wina, aby smakowały wszystkim.
I trzeba przyznać, że to wino z popularnego w Australii szczepu Shiraz (zwane gdzie indziej Syrah) jest łatwe i przyjemne do picia. Jest także przyjemne dla oka – posiada głęboki czerwony kolor z lekkim odcieniem purpury. Jeśli chodzi o aromat, to dominują w nim nuty wanilii (a jakże), jeżyn i porzeczek. Nic skomplikowanego. W smaku dają się wyczuć delikatne taniny. Końcówka jest lekko pieprzna.
To wino piłem najczęściej do steków, i w tej kombinacji sprawdziło się bardzo dobrze. Za oceanem YTS kosztuje średnio 5-6 dolarów, u nas znacznie drożej, choć nadal pozostajew obszarze średniej półki. Jest idealne do codziennego picia oraz jako zachęta dla neofity do rozpoczęcia winnej przygody. 

poniedziałek, 7 listopada 2011

Stare jak świat #1

Ostatnio w ręce wpadł mi dość stary tekst o winie (a dokładnie o jego historii) sklecony przeze mnie jakieś sześć, może siedem lat temu. Widać już wówczas ten temat mnie mocno frapował. Napisałem go w oparciu o kilka solidnych źródeł: „Historię naturalną i moralną jedzenia” Maguelonne Toussaint-Samat, „Podwójny agent” Pierre’a Fouqueta i Martina de Borde oraz kilku tekstów z prasy brytyjskiej. Ponieważ nie chcę aby mi gdzieś ponownie przepadł, postanowiłem zamieścić go tutaj. A że jest dość długi daję go w odcinkach. 

Bez napoju Dionizosa nie byłoby teatru ani demokracji. Nikt też nie wyobraża sobie hucznej uroczystości, a zwłaszcza szampańskiej zabawy, bez wina z bąbelkami.

Kilka lat temu sześciu angielskich dżentelmenów siedziało w londyńskiej restauracji, jedząc i racząc się winem. Na stole królowały trunki: Lafite-Rotschild z 1996, Doisy-Daëne z 1997, Beau-Séjour Bécot z 1998 i Châteauneuf du Pape z rocznika 1995. Po trwającym kilka godzin posiłku panowie wstali, bez mrugnięcia okiem uiścili rachunek opiewający na 10 tysięcy funtów, po czym zamówili stolik na następnym tydzień.

Anglicy od dawna są wielkimi miłośnikami tego trunku. W żadnym innym kraju nie wystawia się w renomowanych domach aukcyjnych tylu butelek wina, co na Wyspach. W 2001 roku ogromną furorę zrobiły wystawione przez Sotheby’s wina, który delektował się car Mikołaj II, a później Józef Stalin. 150 butelek z krymskiej winnicy Massandra sprzedano błyskawicznie, średnio po cztery tysiące funtów za butelkę. Ale były wyjątki. Za sherry z 1775 roku anonimowy kupiec zapłacił aż 34 tysiące!

Zawrotne ceny osiągają jedynie wina wybitne, których aromat, kolor i smak jest wynikiem wielu lat żmudnych doświadczeń, a niekiedy – dziełem przypadku. Choć wino jest jednym z najstarszych wytwarzanych przez człowieka produktów spożywczych, to dopiero od kilkuset lat jest napojem nadającym się, według naszych norm, do picia. Gdyby współczesny smakosz sięgnął po trunek opiewany przez starożytnych poetów, strasznie by się skrzywił i najpewniej go wypluł.

Mieszkańcy antycznej Grecji pili wino mocno rozcieńczone wodą, a powszechna praktyka smołowania kadzi uniemożliwiała uzyskanie jakiegokolwiek aromatu. W przypadku transportowania napoju wzmacniano go dawką miodu lub podgrzewano, w wyniku czego tracił on mniej więcej trzecią część objętości. Później upowszechnił się zwyczaj poprawiania smaku wina mirrą, kadzidłem, anyżkiem, pieprzem, a nawet wodą morską.

Nie wiadomo skąd się wzięła u Greków chęć aromatyzowania wina. Na pewno nie czynili tego najstarsi producenci trunku, mieszkańcy Kaukazu. Znalezione tam przez archeologów wino, które powstało osiem tysięcy lat temu, było podobnie jak beaujolais nouveau pite po zbiorze winogron, po szybkiej fermentacji. Nie poprawiali smaku wina także Egipcjanie, choć to za ich pośrednictwem trunek dotarł do Hellady. Nad Nilem usprawniono jedynie proces produkcji tego napoju, wymyślając prasy do wytłaczania moszczu oraz wirówki do oczyszczania soku. Egipcjanie też jako pierwsi zaznaczali na dzbanach datę produkcji, nazwę winnicy oraz imię producenta.


środa, 2 listopada 2011

Studia z enologii? Czemu nie

Czy żeby zostać dyplomowanym enologiem trzeba jechać do Francji, Włoch czy jakiegoś innego południowego kraju? Niekoniecznie. Tej zimy, dokładnie w lutym przyszłego roku, ruszają na naszym własnym Uniwersytecie Jagiellońskim prawdziwe studia z zakresu wiedzy o winie. Wprawdzie tylko dwusemestralne, i do tego podyplomowe, ale co tam. Chętnych może zmylić jedynie wydział, który je prowadzi, czyli Wydział Farmaceutyczny Collegium Medium.
Zajęcia mają być zarówno teoretyczne, jak i praktyczne. Te ostatnie będą się odbywać w Łazach pod Bochnią, gdzie nasza najstarsza uczelnia od 2004 roku prowadzi własną winnicę. Ma ona obszar 1 hektara i nie tylko produkuje, ale nawet sprzedaje swoje wina, wytwarzane głównie ze szczepów Seyval Blanc, Bianca, Aurora, Hibernal i Rondo. 

Informacje o uniwersyteckiej winnicy można znaleźć pod tym linkiem z kolei tutaj można znaleźć wszystko o tych studiach.

czwartek, 6 października 2011

Swoją drogą

Jednak idę. Idę tą swoją drogą na wybory. Długo się wahałem. Najpierw czy w ogóle na nie pójść, potem czy pójść i oddać nieważny głos, a w reszcie – na kogo zagłosować. Nie ukrywam, że partia rządząca ogromnie mi podpadła, przede wszystkim za gmeranie przy reformie emerytalnej. Niemniej jednak kolejna edycja zabawy w IV RP zupełnie mi nie odpowiada, zwłaszcza teraz gdy wszyscy wieszczą, że nadchodzi kryzys (lub że już nadszedł). Wolę, aby ten w niespokojny gospodarczo czas stery dzierżył ktoś, kto rozumie jak działa nowoczesne państwo.
Idę więc w niedzielę na wybory i oddam głos. Nie chcę, aby był stracony.

wtorek, 6 września 2011

Czosnek: zdrowe ząbki


To nie jest byle warzywo ­– działa jak piorun. A przy tym wzbudza prawdziwe i głębokie namiętności: albo się go kocha, albo nienawidzi.

Dziś nie jest może przyprawą tak cenną jak w starożytnym Egipcie, gdzie za siedem kilogramów czosnku można było kupić niewolnika. Ale z pewnością nie mniej cenioną. I to nie tylko za właściwości zdrowotne. Także za smak i aromat.
Czosnek pochodzi z Azji Mniejszej, a w uprawie znajduje się od najdawniejszych czasów. Jak napisał Maciej Albański, autor „Leksykonu sztuki kulinarnej”, w kuchni „(…) ludów Wschodu i Południa zajmuje poczesne miejsce jako dodatek do wielu potraw. W kuchni polskiej jest używany ze zbytnim umiarem, ale przecież dodaje się go zwykle do szpinaku, żurku, zupy grochowej, do pieczeni baraniej, a nawet – naśladując Francuzów – do główki sałaty polanej oliwią wymieszaną z octem.”
Dziś wielu amatorów boli to, co się ostatnio z nim wyprawia. Mianowicie zalewa Polskę i inne kraje Europy czosnek z Chin. Państwo Środka jest prawdziwym potentatem w jego produkcji. Szacuje się, że ponad połowa całej światowej produkcji Allium Sativum pochodzi z tego kraju. Problem w tym, że chiński czosnek jest kiepskiej jakości. Co prawda jest on ładniejszy, ma bardziej regularne kształty i mniej czosnkowy zapach oraz smak niż ten polski, lecz szybko pleśnieje i nie da się go rozmnożyć. Zdaniem specjalistów jest to bardzo podejrzane, ponieważ czosnek powinien usychać, a nie się psuć. Może to znaczyć, że w porównaniu z krajowym ma mniej substancji hamujących rozwój patogenów. Inaczej mówiąc, nie hamuje rozwoju ciał obcych wywołujących choroby.
Szukajmy więc czosnku lokalnego. Główki mogą być brzydsze, o różowej bądź szarawej skórce, o ziarnach malutkich, za to bardziej soczystych i esencjonalnych. Warto zwrócić uwagę także na czosnek z południa Europy. Ma on tę właściwość, że można go zjeść więcej, gdyż ma w sobie mniej olejków eterycznych i jest łagodniejszy w smaku.

Szybki i ciekawy przepis z wykorzystaniem czosnku podawałem tu.

Poniżej można znaleźć inną propozycje:

Czosnkowy majonez

składniki
kilka ząbków czosnku
szczypta gruboziarnistej soli
2 żółtka
łyżka musztardy Dijon
łyżeczka soku z cytryny
szklanka oliwy z pierwszego tłoczenia

przygotowanie
W moździerzu rozetrzeć czosnek z solą na gładką masę. Dodać żółtka, musztardę, sok z cytryny i wymieszać. Wlać powoli 1/3 oliwy, cały czas mieszając trzepaczką. Nadal mieszając, wlewać cienkim strumyczkiem resztę oliwy. Ubijać, aż powstanie puszysty majonez.

Zapiekanka z ziemniaków, sera i boczku


składniki
1 kg boczku, w plasterkach
1 cebula, poszatkowana
3 ząbki czosnku, poszatkowane
4 szklanki startego cheddara
5-6 nie obranych dużych mącznych ziemniaków, pokrojonych w cienkie plasterki
sól i pieprz do smaku

przygotowanie
Rozgrzać piekarnik do 180°C. W 25 cm okrągłej foremce do zapiekania rozłożyć plasterki boczku tak, żeby na siebie zachodziły. Na zewnętrznych częściach pierwszego okręgu położyć następne plasterki tak, żeby spora ich część wystawała poza naczynie. Plasterki powinny na siebie zachodzić również na rancie naczynia. Następnie rozgnieść środkową część, żeby nie była za gruba. Całość oprószyć pieprzem i posypać kilkoma łyżkami startego sera. Na to położyć plastry ziemniaków, tak aby na siebie zachodziły i przykryły całą powierzchnię. Doprawić solą i pieprzem i posypać częścią czosnku, cebuli oraz sera. Ułożyć kolejną warstwę ziemniaków. Doprawić. Czynność powtórzyć do wyczerpania składników. Wierzch przykrywami wystającymi kawałkami boczku oraz papierem do pieczenia (dzięki temu boczek się nie skurczy i nie będzie odstawał.
Naczynie wstawiamy do piekarnika na mniej więcej dwie godziny. 


Smacznego!

czwartek, 18 sierpnia 2011

Bachus w Rossmannie

Z przepastnej łebowej pajęczyny udało mi się wyłowić informację o tym, że wspomniana sieć drogeryjna w wybranych sklepach wprowadziła do sprzedaży wino. Ponoć dostarcza je zarówno Winarium Marka Kondrata, jak też spóka-matka z Niemiec.
Wiadomo, że trudno w tych sklepach będzie o fachową poradę, w zasadzie – jak to bywa w supermarketach i dyskontach – można założyć, że jej w ogóle nie będzie. Z warunkami przechowywania też może być tak sobie.
Niemniej jednak ta sieć nie słynie z wygórowanych cen. I jeśli rzeczywiście będą (są?) w jej ofercie wina sprowadzone z Niemiec, gdzie generalnie ceny tego trunku są znacznie niższe niż w Polsce, to może warto będzie zaglądać do Rossmanna. Tak przy okazji kupowania wacików.

piątek, 29 lipca 2011

Polska prezydencja, polskie wino?

Wygląda na to, że surowa opinia dotycząca polskiego wina wygłoszona przez naszego ministra spraw zagranicznych może jeszcze wyjść winiarzom znad Wisły na dobre. Po wypowiedzi min. Sikorskiego, który zapowiedział, że z powodu niskiej jakości trunków lubuskich i podkarpackich producentów podczas naszej prezydencji unijnej będzie serwowane wino węgierskie, zawrzało w kręgach winiarskich. W Warszawie doszło do kolejnej degustacji i... resort wycofał się rakiem ze swojej pierwszej decyzji.

I bardzo dobrze. IMHO trzeba wspierać i promować naszych wytwórców, tym bardziej, że ich niektóre wina są naprawdę na światowym poziomie.
O kulisach całej sprawy i ostatniej degustacji w stolicy opowiada poniższy filmik.


poniedziałek, 25 lipca 2011

Nasi przodkowie to mieli spust…

Ostatnio, Ponieważ Miałem Bardzo Ważny Tekst Do Napisania, musiałem przekopać się przez książki z mojej kulinarnej biblioteczki, aby znaleźć kilka ciekawych cytatów. I jak to w życiu bywa, tych fragmentów, na których mi zależało, nie znalazłem, ale za to w oko mi wpadło mi jeden, który mnie po prostu rozwalił. Jeśli ktoś myśli, że dzisiaj to dopiero urządzamy uczty, to niech przeczyta wspomnienia Leona Potockiego z 1869 i sprawdzi, jak to się drzewiej gości karmiło.

„Dzień rozpoczynano od kawy ze śmietanką (…). Około godziny dziesiątej odwiedzić apteczkę, napić się po kieliszku anyżówki, kminkówki lub pomarańczówki i zakąsić pierniczkiem lub śliwką na rożenku było rzeczą nieodzowną. O jedenastej gospodarz, przepiwszy do gości dużym kieliszkiem anyżówki od morowego powietrza dla zaostrzenia apetytu, z kolei każdego częstował, poczem na lekką zakąskę zapraszał, ale ta lekka zakąska składała się z kołdunów, bigosu, kiełbas i zrazów, a dokoła półmiski z ruladą, rozmaitą wędliną i serem. Porter i piwo towiańskie gasiło pragnienie.
O godzinie drugiej dawano do stołu. Obiad z kilkunastu potraw złożony poprzedzała wódka, a towarzyszyło wino. Po obiedzie roznoszono kawę ze śmietanką, w parę godzin później frukta i konfitury, pomiędzy któremi w lecie ogórki z miodem, w zimie orzechy i mak smażony w miodzie najgłówniejszą odgrywały rolę. O szóstej następowała herbata z ciastem, a wnet po niej ochoczy gospodarz wołał: "Panowie, hora canonica, zawód życia krótki, napijmy się wódki!". O dziewiątej wieczerza złożona z pięciu lub więcej sytych potraw, z bojaźni, aby się z głodu nie przyśnili Cyganie. Koło północy, chcąc nie na czczo pójść do spoczynku, dawano wereszczakę, poczem po parę lampeczek krupniczku lub ponczyku wypić wypadało, i to się nazywało podkurkiem”.

Dziś możemy tylko pozazdrościć. Zarówno tak bogatego domowego menu, jak i apetytu.

niedziela, 19 czerwca 2011

Wino spod Ślęży

W serwisie biznesowym "Gazety Wyborczej" ukazał się bardzo interesujący artykuł. Brzmi niczym opowieść z książek Petera Mayla o Amerykaninie z Kalifornii, który osiada w Europie aby robić wino. Wybiera jednak nie Francję czy Włochy a... Polskę. Nie ma tu jednak zbyt wiele komizmu, raczej więcej tragikomizmu, głównie za sprawą działalności naszych urzędników.
Całość wywiadu, bo jest to zapis rozmowy z owym Kalifornijczykiem, można znaleźć pod tym linkiem


I kilka fragmentów:
Mike Whitney: Wino robione hobbystycznie to często badziewie, bo produkcja gatunkowego zajmuje dużo czasu i energii. W Polsce czekały mnie dodatkowe utrudnienia. Nowy klimat, trzeba znaleźć dostawców, a tych tu właściwie nie ma. Butelki mam francuskie, korki portugalskie. Na szczęście odwiedziłem niemieckie targi w Stuttgarcie, gdzie spotkałem producenta zbiorników do fermentacji z Rzeszowa. Udało mi się też poznać człowieka, który jest specjalistą od chorób winorośli. Cała reszta elementów do wytwarzania wina oraz know-how pochodzi z importu. W Stanach jest łatwiej, co sezon pojawia się gruby katalog z listą dostawców. Potrzebujesz szkło - masz dziesiątki ofert, szukasz korka - czeka na twój telefon 50 firm. Polska była dla mnie wyzwaniem, a winnicę traktuję po prostu jak biznes.

[...]
Kierowałeś się tym, gdzie Niemcy uprawiali winorośl?

Ich winnice nie przetrwały. Nie opierałem się na sentymentach, ale na badaniach klimatycznych specjalistów z Politechniki Wrocławskiej i IMiGW. Jednak nawet w supermarketach znajdziesz książki z informacjami, że Wrocław leży w strefie 7B razem z Pragą, Dreznem czy francuskim Reims, gdzie powstają słynne szampany.

[..]
Wrogiem winiarzy od wieków jest szara pleśń. Wszędzie, także u nas. Wiosną, gdy wchodziłem do sklepów ze środkami ochrony roślin, wszędzie były informacje, że koniecznie trzeba przeciw niej stosować opryski. Rzecz w tym, że nie są one dopuszczone w produkcji winorośli. To absurd urzędniczy, jak wiele w Polsce. Producenci win traktowani są jak króliczki doświadczalne - ostatnio skończyła się u mnie jedna kontrola, a tu przyjeżdżają kolejni inspektorzy, tym razem z Opola, bo na Opolszczyźnie nie ma winnic, a oni sprawdzać coś muszą. Winnica ma dopiero pięć lat, a byłem sprawdzany już 31 razy. To przepisy są największą przeszkodą w robieniu wina. Wolno stosować sześć substancji ochronnych, nic więcej. Rozumiem zakaz używania chemii, ale czemu niedopuszczalne jest opryskiwanie ekstraktem z grapefruita czy ochrona wywarem z pokrzywy? Przecież to środki naturalne. To pozostałość komuny - urzędnik chce kontrolować wszystko!

środa, 15 czerwca 2011

Łyk Chablis


Znajomi wrócili z wojaży po Francji z kilkoma ciekawymi winami, m.in. Chablis Premier Cru. Wino to, odpowiednio schłodzone i wypite do cukinii z rusztu oraz lasagne ze szpinakiem bardzo nam przypadło do gustu. Nie mam pojęcia, czy jest ono do dostania w Polsce, nad Loarą kosztuje około 20 euro. Czyli nie tak mało.

Ale warte jest tej ceny.
Pierwsze, co rzuca się w nos, to owocowość tego Chablis, taka jabłkowo-cytrusowa. W smaku jest bardzo przyjemne, mineralne (ale bez przesady). Bardzo rześkie, bardzo świeże, bardzo przyjemne.
Chętnie bym zapełnił nim swoją piwniczkę, której nie mam :)

czwartek, 9 czerwca 2011

Weekend Otwartych Winnic

Na tej stronie można znaleźć ciekawą informację. Mianowicie osiem lubuskich winnic postanowiło na poważnie zająć się promowaniem własnych win i w związku z tym w określone weekendy czerwca, lipca i sierpnia zapraszają w odwiedziny.
Pomysł super, bardzo mi się podoba. W czerwcu niestety nie uda mi się pojechać, ale może w lipcu bądź sierpniu skuszę się na taką wyprawę. Cieszę się, że na naszym własnym podwórku robi się ciekawiej :)

niedziela, 5 czerwca 2011

Winna Polska :)

Nareszcie! Nie mam jednak na myśli żadnych procesów i sądów, a produkcję wina. Chodzi o ustawę, którą podpisał właśnie prezydent Komorowski.

Dzięki niej już za 14 dni, czyli kiedy ustawa wejdzie w życie, nasi rolnicy będą mogli sprzedawać własne wina owocowe, gronowe i miody pitne bez konieczności rejestracji działalności gospodarczej, jeżeli ich produkcja i sprzedaż nie przekroczy 100 hektolitrów trunku (10 tys. litrów).

Jak podała PAP, nowe przepisy mają przyczynić się do większego zainteresowania produkcją win, a także do rozwoju małych winnic w naszym kraju.
Mam nadzieję, że tak się rzeczywiście stanie.
Co więcej, w depeszy PAp-owskiej można przeczytać, że "ustawa upraszcza wymagania przy wpisie do rejestru przedsiębiorców zajmujących się produkcją lub rozlewem wyrobów winiarskich. Przewiduje ona też wprowadzenie zmian w klasyfikacji fermentowanych wyrobów winiarskich, takich jak: wino owocowe, miody pitne, napoje winne owocowe, cydry (jabłeczniki), perry (gruszkówki). Ma to zapewnić konsumentom lepszą informację o poszczególnych napojach winiarskich."

Ja nie mam nic przeciwko temu, żeby w naszym kraju, słynącym w końcu z doskonałych jabłek, ktoś wreszcie zaczął robić cydr.
Oby jak najszybciej.

poniedziałek, 30 maja 2011

Powrót do przeszłości #1

Od lat mam nieodmiennie pociąg do antycznej Grecji i Rzymu. Dlatego jak ostatnio udało mi się w końcu kupić książkę Reay Tannahill „Food in History”, to rozdziały o Hellenach i potomkach Romulusa i Remusa były pierwszymi, które przeczytałem. I właśnie na kilku stronach, które Tannahill poświęciła klasycznej Grecji znalazłem kilka interesujących informacji o tym, jak to „drzewiej” wytwarzano tam wino.
Wprawdzie o winie w antycznym świecie trochę już pisałem, niemniej jednak autorka „Food In History” podaje sporo dodatkowych informacji. 

Procesja Bacchusa - Fot. Damian Entwistle/Wikimedia Commons 

Zaczyna tradycyjnie od hipotezy dotyczącej postania wina. Jak pisze, prawdopodobnie w okresie ery neolitycznej ktoś zebrał trochę owoców vinifera i zostawił je w kącie, zapominając o nich całkowicie. Z owoców wyciekł sok i traf chciał, że sfermentował, bo akurat warunki były odpowiednie. Następnie ktoś (jej zdaniem musiała to być kobieta) miał na tyle odwagi, żeby tego płynu spróbować.
Następnie mamy już bardziej oklepane informacje. O tym, że dzika winorośl rosła w Górach Kaukazu i że prawdopodobnie tam zaczęto ją po raz pierwszy uprawiać. Jednak, jak uważa Tannahill, regularne zbiory odbywały się raczej dopiero po wynalezieniu ceramiki, bo inaczej trudno byłby wino przechowywać.    
Mniej więcej 3000 lat p.n.e. wino było już znane w Mezopotamii (której władcy bardzo się tym napojem interesowali) oraz w Egipcie. W państwie faraonów było głównie używane do celów rytualnych, na stoły Egipcjan (choć nie chłopów) trafiły dopiero dwa tysiące lat później. Właśnie za sprawą Greków, którzy posiadali wówczas nad Nilem sporo wpływów, i którzy, żeby było śmieszniej, sztuki winiarskiej nauczyli się od… Egipcjan.
Świątynni winiarze od wieków byli doskonałymi ekspertami w tej dziedzinie, i prawdopodobnie Grecy oferowali świeckim warstwom Egipcjan produkt, którego wytwarzania sami nauczyli się od kapłanów.
Trochę to pokręcone, ale tak rzeczywiście mogło być.

środa, 9 marca 2011

Prośba o pomoc w sprawie skradzionego sprzętu

Nie mojego, ale kolegi z forum internetowego.

"Dzisiaj tj.08-03-2011, około 2:30 w Warszawie skradziono mi torbę z całym sprzętem jaki posiadałem.
W skład tego wchodziły(numery seryjne podam po południu):
Nikon d90 - w stanie idealnym, sprawny, przebieg 11tys
...
Nikon f60 - sprawny, stan bd
Nikkor 35 1.8 G z osłoną przeciwsłoneczną, dolnym dekielkiem (brak przedniej osłony). Nr. seryjny: 2341387
Nikkor 50 1.4 D z dolnym dekielkiem (brak przedniej osłony)
Nikkor 85 1.8 D z dolnym i górnym dekielkiem. Nr. seryjny: 2018649

Normalnie bym nie prosił o coś takiego, ale sytuacja jest wyjątkowa i potrzebuję pomocy. Jeśli ktoś z Was zauważy w jakimś komisie, na jakiejś giełdzie etc. coś z tego zestawu, w podejrzanie niskiej cenie lub jego numery będą się zgadzały z tymi podanymi przeze mnie to proszę o jak najszybszy kontakt.
Poza tym będę wielce wdzięczny za rozesłanie tej informacji po znajomych, za notki na blogach itp..
Nie żartuję sobie, sprawa jest poważna."

Dane kontaktowe:
Mariusz Rutkowski
tel. 669080962
mariuszrutkowski1989@gmail.com

piątek, 4 lutego 2011

Coś na ząb. Solidnego

Raz na jakiś czas nachodzi mnie ochota na stek wołowy. I to jak najmniej udziwniony. Potrawa to fast foodowa, znaczy się szybka, i na dodatek bardzo smaczna, choć pozbawiona glutaminianu sodu i innych przyjaznych „E”.

Sposób działania (na dwie porcje).
Dwa solidne kawałki polędwicy wołowej nacieramy oliwą, solą i świeżo zmielonym pieprzem. Odstawiamy na chwilę w chłodne miejsce. W tak zwanym między czasie obieramy i gotujemy ziemniaki i przygotowujemy sałatkę.
Wyjmujemy steki, wrzucamy je na mocno rozgrzaną patelnię grillową. Jeśli chcemy, aby były średnio wysmażone, wystarczą cztery minuty z każdej strony. Zdejmujemy z talerza i minucie, dwóch, kładziemy na nim odrobinę masła (może być czosnkowe).
Podajemy z sałatką i puree z ziemniaków (do zgniecionych ziemniaków dajemy sporo czosnku, pieprzu, oliwy i trochę soku z cytryny).
Do tego dania potrzebne jest jeszcze solidne wino. Z tą potrawą moim zdaniem idealnie będzie komponował się kupaż szczepów Kékfrankos, Cabernet Sauvignon, Merlot i Blauburger, czyli Egri Bikaver od Thummerera. 

wtorek, 1 lutego 2011

Grzeszna potrawa, za to wino grzechu nie warte


„To smak i sekret grzechu”. Tak spaghetti alla puttanesca opisał w swojej książce „Kuchnia erotyczna” Tadeusz Olszański. 
Niewiele słów, a ile zachęty do tego, aby spróbować słynnej neapolitańskiej potrawy. Co to danie ma wspólnego z występkiem? Przede wszystkim nazwę. Bowiem puttana to po włosku dziwka, delikatnie mówiąc. Jak czytamy we wspomnianej książce, „Ten nowy sposób przyrządzania makaronu wymyśliły panie lekkich obyczajów, ale wysokiej klasy. Nikt nie zliczy we Włoszech sposobów przyrządzania makaronu, jest ich mnóstwo, lecz ten zdecydowanie się wyróżnia ostrym, podniecającym smakiem, bo nie brakuje w nim czosnku, ostrej papryki, kaparów i anchois!”.
Z myślą o tej potrawie wstąpiłem do znajdującego się na osiedlu sklepu z winem. Sklepu dobrze zaopatrzonego i z w miarę przeszkolonym personelem. Jednak się jak się okazało, określenie „w miarę” okazało się sporą przesadą. Po opisaniu sprzedawcy potrawy, którą chciałem zrobić, poprosiłem o pomoc w doborze wina. Chciałem wziąć jakieś portugalskie, bo wiem, że mają dobre. Ale zostałem namówiony na włoskie. Zgodziłem się. W końcu potrawa też z tego kraju, pomyślałem. Wyszedłem ze sklepu z butelką Montepulciano d’Abruzzo firmy Dragani.
I to był błąd.
Danie rzeczywiście było warte grzechu. Za to wino – beznadziejne. Choć według producenta idealnie pasuje do takich mocnych, aromatycznych dań, w ogóle się nie sprawdziło. Płaskie i zbyt kwaskowe, pozostawiało w ustach mało przyjemny posmak. Nie byłem w stanie wyczuć opisywanego przez producenta aromatu czerwonych porzeczek i potraw korzennych. Nie pomogło dłuższe dotlenianie. To była ewidentna strata pieniędzy.

czwartek, 27 stycznia 2011

Tagliatelle al ragù versus spaghetti bolognese


Na jednym z kulinarnych for znalazłem interesującą dyskusję dotyczącą przepisu na spaghetti bolognese. Interesującą o tyle, że padło tam wiele różnych receptur na to danie, z czego żadna nie była specjalnie bliska kanonicznej wersji, którą – według mnie – doskonale przedstawił Antonio Carluccio.
Urodzony na Sycylii i wychowany w Piemoncie Carluccio jest dziś jednym z najbardziej znanych szefów kuchni w Wielkiej Brytanii. Od lat prowadzi w Londynie doskonałą restaurację. Jeszcze pod koniec ubiegłego wieku nakręcił dla BBC cykl kulinarny o kuchni włoskiej, przyuczył też do fachu Jamiego Olivera. Czyli jest, w jakimś stopniu, wyrocznią, jeśli chodzi o włoską kuchnię.
Jak twierdzi Antonio, ta potrawa nie powinna być nigdy podawana ze spaghetti, czyli makaronu preferowanego w tym daniu przez naszych rodaków. Co więcej, wielu mieszkańców Bolonii twierdzi, że takiego dania jak spaghetti bolognese w kuchni włoskiej nie ma! Jest za to tagliatele al ragù.
Spore rozbieżności są też w głównych składnikach. O ile większość przepisów znad Wisły podaje w miarę odpowiedni rodzaj mięsa, czyli wieprzowo-wołowe (choć tak naprawdę powinna być to dziczyzna, o czym świadczy słowo ragù), to jednak kolejne składniki są już dodawane wedle własnego widzimisię. I tak użytkownicy forum radzą, aby dodawać paprykę, w tym ostrą, oregano, bazylię, granulowany czosnek.
Żadnej z tych rzeczy nie ma z kolei w tagliatelle al ragù według Antonia. Jest za to odrobina masła, seler naciowy, marchew, wino i bulion. Należy jeszcze dodać, że najlepiej ten sos podawać ze świeżym, jajecznym tagliatele.

Oto przepis Antonia na tagliatele al ragù dla czterech osób.

Składaniki
500g świeżego tagliatelle (jednak ponieważ jest tak jak jest, kupione w sklepie też mogą być :) , byle byłyby jajeczne)
parmezan

sos:
55g masła
55g pokrojonego drobno boczku
1 duża marchew, pokrojona dość drobno
1 łodyga selera naciowego, też drobno pokrojona
1 posiekana cebula
100g mielonej chudej wołowiny lub cielęciny
100g zmielonego chudego mięsa wieprzowego
1 kieliszek wytrawnego czerwonego wina
Około szklanki bulionu, wołowego lub drobiowego
3 łyżki przecieru pomidorowego
Sól, pieprz

Wykonanie
Rozpuścić na patelni lub w garnku z grubym dnem masło, dodać boczek i warzywa. Podsmażać na niewielkim ogniu przez jakieś 10 minut. Następnie dodać mięso, rozdrobnić je przy pomocy drewnianej łyżki. Smażyć je przez kwadrans, aż się zbrązowi. Wlać wino i zaczekać, poczekać aż trochę odparuje. Dodać odrobinę bulionu, aby całość nie przywarła do dna. Dorzucić przecier, dolać jeszcze bulionu, aby się przecier rozcieńczył i zawartość patelni/garnka miała konsystencję sosu. Zmniejszyć ogień i – co jest dość istotne – pozwolić aby sos sobie lekko bulgotał przez jakieś półtorej godziny. Jeśli stanie się zbyt suchy, można podlać jeszcze go bulionem. Pod koniec doprawić go solą i pieprzem.
Tagliatele ugotować w osolonej wodzie, aby było al dente. Odcedzić i zmieszać z sosem. Na koniec posypać parmezanem.

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Rozum ocenzurowany

Tym razem nie będzie o winie ani o destylatach, lecz o cenzurze. I to wyjątkowo debilnej. Chodzi o dwa wydarzenia, które miały miejsce w Ameryce Północnej, miejscu, zdawałoby się, gdzie wolność słowa powinna mieć się dobrze. Ale do rzeczy.
Ostatnio w prasie pojawiła się informacja, że jedno z amerykańskich wydawnictw postanowiło usunąć w książce Marka Twaina „Przygody Hucka Finna” słowo „nigger”. Bo w końcu jest to obraźliwe określenie na Murzyna, o pardon, Afroamerykaninia. Jak się okazuje słów tych jest w całej książce 219. Nigger więc zniknie, a w jego miejscu pojawi się „slave”. Z kolei w „Przygodach Tomka Sawyera” podobny zabieg zostanie zastosowany w przypadku słowa „injun”, którym to był określany, jak pamiętamy, Indianin Joe.


Czy Twain był rasistą? Nigdy w życiu. Pisarz wspomagał finansowo kilka organizacji walczących o prawa człowieka. Co poniektórzy mogą też pamiętać, że Huck, białych chłopak, zaprzyjaźnia się z czarnoskórym niewolnikiem, i pomaga uzyskać mu wolność…

Drugi przypadek występowania tzw. gładzi cylindrycznej zamiast zwojów mózgowych można zauważyć u osobników zasiadających w kanadyjskiej CBSC, ichnim odpowiedniku Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Uznali oni bowiem jeden z najsłynniejszych utworów grupy Dire Straits – „Money for Nothing” – za nieodpowiedni do puszczania w radio. Wszystko dlatego, że w piosence trzykrotnie pada słowo „faggot”, czyli po naszemu pedał. Część stacji radiowych postanowiła „wypipczeć” kontrowersyjne słowo i emitować piosenkę.

Czy są to zmiany godne XXI wieku, czy raczej polityczna poprawność posunięta do granic absurdu? Dla mnie zdecydowanie to drugie.

"Money for Nothing" jeszcze w pełnej wersji :)

środa, 12 stycznia 2011

Alembik

Przez prawie całe swoje dorosłe życie byłem przekonany, że to cudowne urządzeni, bez którego nie powstały by whisky, grappy, schnappsy, oczywiście wódki i inne okowity, zawdzięczamy Arabom. Wprawdzie nie na lekcji historii, ale podczas różnych okazji wtłaczano mi do głowy, ile to zawdzięczamy synom Mahometa. Bo choć wprawdzie sami alkoholu pić nie mogą, to owo zmyślne urządzenie wymyślili i jeszcze po świecie rozprzestrzenili. Ostatnio dowiedziałem się jednak, że rzeczy prawdopodobnie miały się nieco inaczej.


Mądre głowy z Uniwersytetu Cambridge wpadły na pomysł, aby stworzyć wiekopomne dzieło. Nie chodzi mi tu o destylat, ale o księgę opisującą historię jedzenia. I tak powstała dwutomowa „The World History of Food”, napisana w sumie przez ponad dwustu! specjalistów z poszczególnych dziedzin. Genialna lektura. Tam to właśnie, w rozdziale poświęconym destylacji, wyczytałem, że pierwsze aparatury do tego procesu zbudowali starożytni Grecy. Nie służyły wprawdzie raczej do produkcji alkoholu, a raczej leków i różnych konkotów chemicznych. Nosiły one nazwę ambix (podaję pisownię w wersji angielskiej, polskiej nigdzie nie udało mi się znaleźć). Były ceramicznymi lub metalowymi naczyniami z tak ukształtowaną pokrywą, aby w jej najwyższym miejscu mógł skraplać się płyn i następnie spływać rurką odprowadzającą. Później, już w średniowieczu, muzułmańscy alchemicy, którzy również korzystali z tych urządzeń, do jego nazwy dodali arabski przedrostek al-, i stąd się wziął termin alembik, którym dziś określa się urządzenia do destylacji.

wtorek, 4 stycznia 2011

T-raperzy znad Wisły

Bardzo lubię ten postrzelony zespół. Może dlatego, że operuje mocno absurdalnym humorem (czemu trudno się dziwić, ze względu na obecność w nim Grzegorza Wasowskiego i Sławomira Szczęśniaka, czyli autorów większości skeczy do „Za chwilę dalszy ciąg programu” i współautorów „Komicznego Odcinka Cyklicznego”).
A piszę o nich, gdyż azaliż bowiem usłyszałem w radioodbiorniku ich piosenkę, która mocno wpisuje się w obecną sytuację pogodową w naszym kraju (czyli śnieżyce, zawieje, zamiecie, mróz i inne ciekawe zjawiska atmosferyczne).
Lejdiz end dżentelmen, T-raperzy znad Wisły!