Szukaj na tym blogu

wtorek, 15 listopada 2011

Stare jak świat #2

Pora na drugą część tekstu o historii wina, tym razem od Hellenów do Parkera :-)



Wraz z ekspansją przedsiębiorczych Greków tajniki enologii zostały przeniesione na zachód. Jak grzyby po deszczu wyrastały winnice wokół greckich kolonii na południu Półwyspu Apenińskiego i Prowansji. Hellenowie krzewili też własną kulturę picia wina, polegającą przede wszystkim na organizowaniu sympozjów, czyli wspólnych popitek. Choć podczas tych spotkań alkohol lał się strumieniem, to jednak nie brakowało też politycznych i intelektualnych dyskusji. Zdaniem niektórych historyków, ustrój demokratyczny nie powstałby bez wina. Część Greków pogardzałą wszakże aromatyzowanym trunkiem, uważając, że nadaje się on wyłącznie do torturowania skazańców. Odszczepieńcy snobowali się na wina z Libanu, Palestyny czy Egiptu. Dziesięć litrów wina, które wypijał dziennie słynny atleta Milon z Krotonu, pochodziło z Kalabrii.

W winnej rywalizacji Rzymianie wyprzedzili Greków, choć przez długi czas nie mogli się do wina przekonać. Pili je sporadycznie, zaś kobietom zakazali pić ten trunek w ogóle. Mężczyzna, który przyłapał żonę na jego piciu, mógł skazać partnerkę na śmierć. Rzymianie dlatego całowali żony w usta po powrocie do domu, żeby sprawdzić po oddechu, czy aby nie piły wina.

Winorośl dotarła też do innych obszarów Europy zajętych przez Rzymian: Półwyspu Iberyjskiego i ówczesnej Francji, czyli Galii. To właśnie Galowie wymyślili beczki, w których potem transportowano i przechowywano wino. Wcześniej Rzymianie trzymali trunek w wysmarowanych od spodu żywicą amforach. Dopiero pod koniec I wieku p. n.e. zaczęli używać butelek. Nie trzymali ich jednak w piwnicach. Na ten pomysł wpadli dopiero zakonnicy, którzy chcieli ochronić trunek przed pustoszącymi kraj barbarzyńcami. W całej południowej i środkowej Europie, tam gdzie rozbrzmiewał klasztorny dzwon, można się było spodziewać winnicy. Zakonnicy wynaleźli nowe szczepy, zaczęli stosować technikę przycinania krótko krzewów, a także starali się przenieść winnice do krajów Północy – Flandrii, Germanii, Anglii. To właśnie potrzeba dostosowania szczepów do trudniejszych warunków klimatycznych spowodowała, że powstały pierwsze odmiany szlachetne. 

Odrodzona popularność trunku w Starym Świecie sprawiła, że państwa kolonialne zaczęły uprawiać krzewy w swoich zamorskich dominiach: Hiszpanie w Chile i Argentynie, a następnie w Kalifornii, Burowie w Afryce Południowej. To samo uczynili Anglicy w Australii. Teraz trunki z Nowego Świata skutecznie konkurują z produktami takich winiarskich potęg jak Francja, Włochy czy Hiszpania. W roku 1976 brytyjski handlarz win Steven Spurrier urządził w Paryżu wielkie zawody. Zaprosił najsłynniejszych francuskich kiperów, producentów win z Bordeaux i Burgundii. Specjaliści musieli oceniać wina w ciemno, nie mając pojęcia, czego próbują. Rezultaty były sensacyjne: zarówno wśród białych, jak i czerwonych win wygrały produkty z Kalifornii. 

Wina znad Rodanu, z Bordeaux czy Burgundii poniosły klęskę pomimo tego, że mają swojego piewcę w tak wielkim koneserze jak Robert Parker. To król enologów, „człowiek, który dyktuje ceny na rynku” od Ameryki po Japonię. Sam ówczesny prezydent Francji Jacques Chirac, wręczając mu Krzyż Kawalerski Orderu Legii Honorowej, nazwał go największym znawcą francuskich win na świecie. Nawet jego wrogowie, a ma ich wielu, przyznają, że chyba tylko on, pracując dziesięć godzin dziennie, potrafi ocenić 80 win, by potem usiąść do kolacji z 28 trunkami i bez pudła rozpoznać 22 z nich, łącznie z rocznikami. Dziś żaden szanujący się kupiec nie zaczyna negocjacji bez przewodnika Parkera w ręku, w którym enolog omawia ponad 8 tysięcy win, korzystając ze swojej słynnej 100-punktowej skali.

Jednak nawet „papież francuskich win”, jak mawiają o nim złośliwi, nie potrafi zatrzymać ekspansji trunków z Nowego Świata. A nawet, jak zasugerował dziennik „Liberation”, niechcący się do tego procesu przyczynia. „Butelka francuskiego wina, której da on notę niższą niż 90 punktów, jest nie do sprzedania, ta zaś, którą oceni powyżej 90, nie do kupienia”.

wtorek, 8 listopada 2011

Wino z kraju kangurów

Yellow Tail Shiraz z Nowej Południowej Walii to dość popularne wino zarówno w Polsce jak i w Europie oraz w USA. To właśnie w Stanach zdarzyło mi się pić go najwięcej – jest jednym z ulubionych win mojej siostry.
YT to najbardziej znana marka Casella Wines, winnicy należącej do włoskich imigrantów, przybyłych do Australii na początku XX wieku. Jeśli chodzi o produkcję tego trunku, to ich filozofia była i nadal jest dość prosta: robić takie wina, aby smakowały wszystkim.
I trzeba przyznać, że to wino z popularnego w Australii szczepu Shiraz (zwane gdzie indziej Syrah) jest łatwe i przyjemne do picia. Jest także przyjemne dla oka – posiada głęboki czerwony kolor z lekkim odcieniem purpury. Jeśli chodzi o aromat, to dominują w nim nuty wanilii (a jakże), jeżyn i porzeczek. Nic skomplikowanego. W smaku dają się wyczuć delikatne taniny. Końcówka jest lekko pieprzna.
To wino piłem najczęściej do steków, i w tej kombinacji sprawdziło się bardzo dobrze. Za oceanem YTS kosztuje średnio 5-6 dolarów, u nas znacznie drożej, choć nadal pozostajew obszarze średniej półki. Jest idealne do codziennego picia oraz jako zachęta dla neofity do rozpoczęcia winnej przygody. 

poniedziałek, 7 listopada 2011

Stare jak świat #1

Ostatnio w ręce wpadł mi dość stary tekst o winie (a dokładnie o jego historii) sklecony przeze mnie jakieś sześć, może siedem lat temu. Widać już wówczas ten temat mnie mocno frapował. Napisałem go w oparciu o kilka solidnych źródeł: „Historię naturalną i moralną jedzenia” Maguelonne Toussaint-Samat, „Podwójny agent” Pierre’a Fouqueta i Martina de Borde oraz kilku tekstów z prasy brytyjskiej. Ponieważ nie chcę aby mi gdzieś ponownie przepadł, postanowiłem zamieścić go tutaj. A że jest dość długi daję go w odcinkach. 

Bez napoju Dionizosa nie byłoby teatru ani demokracji. Nikt też nie wyobraża sobie hucznej uroczystości, a zwłaszcza szampańskiej zabawy, bez wina z bąbelkami.

Kilka lat temu sześciu angielskich dżentelmenów siedziało w londyńskiej restauracji, jedząc i racząc się winem. Na stole królowały trunki: Lafite-Rotschild z 1996, Doisy-Daëne z 1997, Beau-Séjour Bécot z 1998 i Châteauneuf du Pape z rocznika 1995. Po trwającym kilka godzin posiłku panowie wstali, bez mrugnięcia okiem uiścili rachunek opiewający na 10 tysięcy funtów, po czym zamówili stolik na następnym tydzień.

Anglicy od dawna są wielkimi miłośnikami tego trunku. W żadnym innym kraju nie wystawia się w renomowanych domach aukcyjnych tylu butelek wina, co na Wyspach. W 2001 roku ogromną furorę zrobiły wystawione przez Sotheby’s wina, który delektował się car Mikołaj II, a później Józef Stalin. 150 butelek z krymskiej winnicy Massandra sprzedano błyskawicznie, średnio po cztery tysiące funtów za butelkę. Ale były wyjątki. Za sherry z 1775 roku anonimowy kupiec zapłacił aż 34 tysiące!

Zawrotne ceny osiągają jedynie wina wybitne, których aromat, kolor i smak jest wynikiem wielu lat żmudnych doświadczeń, a niekiedy – dziełem przypadku. Choć wino jest jednym z najstarszych wytwarzanych przez człowieka produktów spożywczych, to dopiero od kilkuset lat jest napojem nadającym się, według naszych norm, do picia. Gdyby współczesny smakosz sięgnął po trunek opiewany przez starożytnych poetów, strasznie by się skrzywił i najpewniej go wypluł.

Mieszkańcy antycznej Grecji pili wino mocno rozcieńczone wodą, a powszechna praktyka smołowania kadzi uniemożliwiała uzyskanie jakiegokolwiek aromatu. W przypadku transportowania napoju wzmacniano go dawką miodu lub podgrzewano, w wyniku czego tracił on mniej więcej trzecią część objętości. Później upowszechnił się zwyczaj poprawiania smaku wina mirrą, kadzidłem, anyżkiem, pieprzem, a nawet wodą morską.

Nie wiadomo skąd się wzięła u Greków chęć aromatyzowania wina. Na pewno nie czynili tego najstarsi producenci trunku, mieszkańcy Kaukazu. Znalezione tam przez archeologów wino, które powstało osiem tysięcy lat temu, było podobnie jak beaujolais nouveau pite po zbiorze winogron, po szybkiej fermentacji. Nie poprawiali smaku wina także Egipcjanie, choć to za ich pośrednictwem trunek dotarł do Hellady. Nad Nilem usprawniono jedynie proces produkcji tego napoju, wymyślając prasy do wytłaczania moszczu oraz wirówki do oczyszczania soku. Egipcjanie też jako pierwsi zaznaczali na dzbanach datę produkcji, nazwę winnicy oraz imię producenta.


środa, 2 listopada 2011

Studia z enologii? Czemu nie

Czy żeby zostać dyplomowanym enologiem trzeba jechać do Francji, Włoch czy jakiegoś innego południowego kraju? Niekoniecznie. Tej zimy, dokładnie w lutym przyszłego roku, ruszają na naszym własnym Uniwersytecie Jagiellońskim prawdziwe studia z zakresu wiedzy o winie. Wprawdzie tylko dwusemestralne, i do tego podyplomowe, ale co tam. Chętnych może zmylić jedynie wydział, który je prowadzi, czyli Wydział Farmaceutyczny Collegium Medium.
Zajęcia mają być zarówno teoretyczne, jak i praktyczne. Te ostatnie będą się odbywać w Łazach pod Bochnią, gdzie nasza najstarsza uczelnia od 2004 roku prowadzi własną winnicę. Ma ona obszar 1 hektara i nie tylko produkuje, ale nawet sprzedaje swoje wina, wytwarzane głównie ze szczepów Seyval Blanc, Bianca, Aurora, Hibernal i Rondo. 

Informacje o uniwersyteckiej winnicy można znaleźć pod tym linkiem z kolei tutaj można znaleźć wszystko o tych studiach.

czwartek, 6 października 2011

Swoją drogą

Jednak idę. Idę tą swoją drogą na wybory. Długo się wahałem. Najpierw czy w ogóle na nie pójść, potem czy pójść i oddać nieważny głos, a w reszcie – na kogo zagłosować. Nie ukrywam, że partia rządząca ogromnie mi podpadła, przede wszystkim za gmeranie przy reformie emerytalnej. Niemniej jednak kolejna edycja zabawy w IV RP zupełnie mi nie odpowiada, zwłaszcza teraz gdy wszyscy wieszczą, że nadchodzi kryzys (lub że już nadszedł). Wolę, aby ten w niespokojny gospodarczo czas stery dzierżył ktoś, kto rozumie jak działa nowoczesne państwo.
Idę więc w niedzielę na wybory i oddam głos. Nie chcę, aby był stracony.

wtorek, 6 września 2011

Czosnek: zdrowe ząbki


To nie jest byle warzywo ­– działa jak piorun. A przy tym wzbudza prawdziwe i głębokie namiętności: albo się go kocha, albo nienawidzi.

Dziś nie jest może przyprawą tak cenną jak w starożytnym Egipcie, gdzie za siedem kilogramów czosnku można było kupić niewolnika. Ale z pewnością nie mniej cenioną. I to nie tylko za właściwości zdrowotne. Także za smak i aromat.
Czosnek pochodzi z Azji Mniejszej, a w uprawie znajduje się od najdawniejszych czasów. Jak napisał Maciej Albański, autor „Leksykonu sztuki kulinarnej”, w kuchni „(…) ludów Wschodu i Południa zajmuje poczesne miejsce jako dodatek do wielu potraw. W kuchni polskiej jest używany ze zbytnim umiarem, ale przecież dodaje się go zwykle do szpinaku, żurku, zupy grochowej, do pieczeni baraniej, a nawet – naśladując Francuzów – do główki sałaty polanej oliwią wymieszaną z octem.”
Dziś wielu amatorów boli to, co się ostatnio z nim wyprawia. Mianowicie zalewa Polskę i inne kraje Europy czosnek z Chin. Państwo Środka jest prawdziwym potentatem w jego produkcji. Szacuje się, że ponad połowa całej światowej produkcji Allium Sativum pochodzi z tego kraju. Problem w tym, że chiński czosnek jest kiepskiej jakości. Co prawda jest on ładniejszy, ma bardziej regularne kształty i mniej czosnkowy zapach oraz smak niż ten polski, lecz szybko pleśnieje i nie da się go rozmnożyć. Zdaniem specjalistów jest to bardzo podejrzane, ponieważ czosnek powinien usychać, a nie się psuć. Może to znaczyć, że w porównaniu z krajowym ma mniej substancji hamujących rozwój patogenów. Inaczej mówiąc, nie hamuje rozwoju ciał obcych wywołujących choroby.
Szukajmy więc czosnku lokalnego. Główki mogą być brzydsze, o różowej bądź szarawej skórce, o ziarnach malutkich, za to bardziej soczystych i esencjonalnych. Warto zwrócić uwagę także na czosnek z południa Europy. Ma on tę właściwość, że można go zjeść więcej, gdyż ma w sobie mniej olejków eterycznych i jest łagodniejszy w smaku.

Szybki i ciekawy przepis z wykorzystaniem czosnku podawałem tu.

Poniżej można znaleźć inną propozycje:

Czosnkowy majonez

składniki
kilka ząbków czosnku
szczypta gruboziarnistej soli
2 żółtka
łyżka musztardy Dijon
łyżeczka soku z cytryny
szklanka oliwy z pierwszego tłoczenia

przygotowanie
W moździerzu rozetrzeć czosnek z solą na gładką masę. Dodać żółtka, musztardę, sok z cytryny i wymieszać. Wlać powoli 1/3 oliwy, cały czas mieszając trzepaczką. Nadal mieszając, wlewać cienkim strumyczkiem resztę oliwy. Ubijać, aż powstanie puszysty majonez.

Zapiekanka z ziemniaków, sera i boczku


składniki
1 kg boczku, w plasterkach
1 cebula, poszatkowana
3 ząbki czosnku, poszatkowane
4 szklanki startego cheddara
5-6 nie obranych dużych mącznych ziemniaków, pokrojonych w cienkie plasterki
sól i pieprz do smaku

przygotowanie
Rozgrzać piekarnik do 180°C. W 25 cm okrągłej foremce do zapiekania rozłożyć plasterki boczku tak, żeby na siebie zachodziły. Na zewnętrznych częściach pierwszego okręgu położyć następne plasterki tak, żeby spora ich część wystawała poza naczynie. Plasterki powinny na siebie zachodzić również na rancie naczynia. Następnie rozgnieść środkową część, żeby nie była za gruba. Całość oprószyć pieprzem i posypać kilkoma łyżkami startego sera. Na to położyć plastry ziemniaków, tak aby na siebie zachodziły i przykryły całą powierzchnię. Doprawić solą i pieprzem i posypać częścią czosnku, cebuli oraz sera. Ułożyć kolejną warstwę ziemniaków. Doprawić. Czynność powtórzyć do wyczerpania składników. Wierzch przykrywami wystającymi kawałkami boczku oraz papierem do pieczenia (dzięki temu boczek się nie skurczy i nie będzie odstawał.
Naczynie wstawiamy do piekarnika na mniej więcej dwie godziny. 


Smacznego!