Szukaj na tym blogu

sobota, 3 lipca 2010

Duma bez uprzedzenia

La Rambla


Katalończycy na każdym kroku podkreślają swą odrębność od reszty kraju. Inna też niż pozostałe miasta Hiszpanii jest stolica prowincji

Stare Miasto Barcelony, założonej według legendy przez Hamilkara Barkasa, ojca Hannibala, jest jedną z najpiękniejszych starówek w Europie. Nad Barri Gotic, czyli Dzielnicą Łacińską, dumnie góruje przepiękna katedra, budowana przez sześćset lat. Jej bliskim sąsiadem jest dawny pałac królewski, w którym władca Hiszpanii przyjął Kolumba po jego tryumfalnym powrocie z Ameryki. Jednak to nie te wspaniałe budowle ani bogate XIV-wieczne kamienice przy pobliskiej ulicy La Riberia, lecz tętniąca życiem La Rambla działa najbardziej na wyobraźnię turystów. Przecinająca starówkę arteria jest prawdziwym kręgosłupem najstarszej części miasta. W weekendy dziesiątki tysięcy kibiców fetuje tu zwycięstwa swojego ukochanego klubu piłkarskiego FC Barcelona. Za to w dni powszednie na Rambli można wypić kawę, dowiedzieć się z kart tarota, co nas czeka w przyszłości, obejrzeć występy ulicznych mimów, kupić papugę albo biżuterię wprost z ulicznego straganu. Frederico Garcia Lorca wyznał kiedyś, że Rambla jest jego zdaniem jedyną ulicą na świecie, która mogłaby się ciągnąć bez końca.

Barcelońskie przeboje
*kolekcja dzieł z błękitnego i różowego okresu Pabla Picassa w muzeum jego imienia (Carter Montcada 15-23)
*20 zbiorników tematycznych i oceanarium z podwodnym, 80-metrowym tunelem w L’Aquárium de Barcelona (Moll d’Espanya del Port Vell)
*Segrada Familia – nieukończone opus magnum architekta Antonia Gaudiego (Provença, 450)
*Museum del Futbol (Aristides Maillol, 12-18)
*labirynt z krzewów w neoklasycystycznym parku Laberint d’Horta (w pobliżu Passeig de la Vall d’Hebrón)
*zakupy na znajdującym się przy pasażu La Rambla rynku La Boqueria, pełnym różnych lokalnych przysmaków
*perły średniowiecznej architektury w okolicy Plaça de Catalunya
*Park Gaudíego - leżący na wzgórzu El Carmel Parc Güell to jeden z najpiękniejszych parków Barcelony, został zaprojektowany przez Antonia Gaudíego i zbudowany w latach 1900-1914. Pierwotnie na tym terenie, obejmującym 20 h, miało powstać miasto-ogród, specyficzna dzielnica złożona z 60 mieszkalnych działek, jednak projekt nie wypalił. Teraz pomiędzy licznymi ogrodami parku można podziwiać przypominające jaskinie pawilony, przepiękne mozaiki wykonane przez ucznia mistrza, Josepa Marię Jugola, fantastyczne rzeźby i najdłuższą ławkę świata. Mierzy ona dokładnie 152 metry. U podnóża El Carmel znajduje się dom zaprojektowany przez Francesca Berenguera, w którym można oglądać pamiątki związane z Gaudím.
*tradycyjna katalońska przekąska pa amb tomaquet, czyli kromka chleba nacierana czosnkiem, polana sokiem pomidorowym oraz oliwą z oliwek i podawana z owocami morza lub pieczoną papryka

A co z winami? Moim zdaniem warto zwrócić uwagę na specjalność Katalończyków, czyli Cavę - ich wina musujące produkowane tradycyjną metodą. Są po prostu rewelacyjne!

czwartek, 1 lipca 2010

Miasto ulotne


Mieszkańcy mówią o niej „najjaśniejsza”, goście – „nierzeczywista”. I wcale nie dlatego, że za sto lat być może podziwiać ją będą mogli tylko nurkowie.
O jakim mieście mowa? O Wenecji. Serenissima od lat była stałym punktem naszych włoskich wypraw. Jednak w tym roku prawdopodobnie nie odwiedzimy ani jej, ani innych miast Italii. Więc dla odświeżenia własnych wspomnień poświęcę jej jedną blognotkę.
Osoba, która po raz pierwszy zawita do Wenecji na początek powinien zobaczyć Plac św. Marka, Pałać Dożów albo cokolwiek z zabytkowego mainstreamu. Lekkomyślne zapuszczanie się w najwęższe w Europie uliczki może wywołać szok. Jednak niezapuszczanie się można traktować jako zbrodnię przeciwko wyobraźni. Tylko tutaj domy mają kominy w kształcie dzwonów, a na dachach rosną ogrody. 400 mostów łączy 118 wysp. Na każdej stoi kościół i jakiś gondolier. Kierujący gondolami mężczyźni znają wszystkie 160 kanałów jak własną kieszeń.
Wszystkie cytaty, które opiewają weneckie skarby, zapełniłyby kilka opasłych tomów. W osobnym można by zamieścić indeks nazwisk autorów: Goethe, Byron, Mann, Muratow, Iwaszkiewicz… W przeciwieństwie do Rzymu nie jest chyba wiecznym miastem – nieustannie remontowane palazzi każdego roku zmagają się z wysoką wodą. Niewykluczone, że za kilkadziesiąt lat Wenecja może podzielić los mitycznej Atlantydy, i wszystkich tych cudowności, z których słynie miasto na wodzie, trzeba będzie szukać na dnie laguny.
Oby tak się nie stało.

Weneckie przeboje
*Przejażdżka vaporetto po Canal Grande: np. od Piazzale Roma do Placu Św. Marka (po drodze mija się słynny most Rialto)
*Zwiedzenie Katedry św. Marka i Pałacu Dożów
*Danie rybne lub z owocami morza w trattorii leżącej najlepiej gdzieś na uboczu
*Wizyta w Galleria dell’Accademia ze zbiorem malarstwa mistrzów weneckich
*Wjechanie na wieżę bazyliki San Georgio Maggiore, z której roztacza się chyba najpiękniejsza panorama Wenecji (widać m.in. Plac św. Marka).

poniedziałek, 22 lutego 2010

Powrót do Egeru

Postanowiłem napisać kilka słów o tym mieście. Dlaczego? Bo to naprawdę byczy gród :) A do tego idealny na weekendowy wypad.

Eger zresztą spodobał się nie tylko mnie. Już kilkaset lat temu wpadł w oko tureckiemu sułtanowi, który uparł się, aby je włączyć do swego imperium. I po jego zdobyciu w 1596 roku nie tylko je odbudował, ale i upiększył.



Władcy imperium otomańskiego od dawna ostrzyli sobie zęby na Eger. Pierwsza próba zdobycia miasta w 1552 roku zakończyła się klęską. Licząca niewiele ponad dwa tysiące osób załoga zamku przez czterdzieści dni odpierała ataki osiemdziesięciotysięcznej armii tureckiej, doprowadzając do wściekłości baszę. Turcy szeptali między sobą, że szaleńcza odwaga obrońców bierze się z tajemniczego czerwonego napoju, podawanego im przez dowódcę Istvána Dobó. Naprawdę Madziarzy pili tylko miejscowe wino. Według legendy później sami janczarzy zasmakowali w tym trunku. Jako muzułmanie, niemogący pić alkoholu, tłumaczyli się swoim oficerom, że czerwone plamy, które mają na koszulach, wzięły się od byczej krwi. Stąd też to wino do dziś znane jest pod nazwą „Egri Bikaver”.
Byczą krew cenili też nasi przodkowie. Słynne zawołanie polskiej szlachty głosiło: „nie ma wina nad węgrzyna”. Sami Węgrzy skarżyli się, że polscy magnaci przez podstawionych ludzi wykupują u nich całe roczniki, a wszystko po to, by uniknąć kupowania fałszowanego wina w kraju.
Po zdobyciu Egeru w 1596 roku Turcy zawładnęli miastem na prawie sto lat. Na placach miasta zaczęły pojawiać się meczety ze strzelistymi minaretami. Do dziś zachowała się jedna z wież, z której muezin czterysta lat temu zwoływał wiernych na modlitwę. Na szczyt minaretu wiodą wąskie, spiralne schody.

Trzeba pokonać prawie sto stopni, ale widok na Stare Miasto z czterdziestometrowej budowli całkowicie rekompensuje trud. Piękniej barokowe kamienice i wieże kościołów wyglądają tylko z zamkowych murów.

Oprócz minaretu, który jest dziś jedyną pozostałością po muzułmańskich świątyniach, szczypty egzotyki dodają również miastu pięknie zdobione łaźnie tureckie. Madziarzy, choć niezbyt chętnie to przyznają, kulturę łaziebną przejęli właśnie od Turków – prawdziwych mistrzów w wykorzystaniu źródeł termalnych. Jednak to nie poddani sułtana jako pierwsi pluskali się w tutejszych wodach leczniczych. Historia kąpielisk sięga czasów Imperium Rzymskiego, gdy obszar ten na mapach cesarstwa figurował jako Pannonia. Legioniści leczyli w nich rany i rozgrzewali mięśnie. Gorące źródła znane były też w średniowieczu – to właśnie z tego okresu pochodzi nazwa sąsiedniego kurortu Miszkolc-Tapolca, zaczerpnięta od słowiańskiego wyrazu teplica, czyli gorące źródło. Dopiero jednak Turcy, urzędujący w Egerze do1686 roku, na poważnie zajęli się rozbudową kąpielisk. Na początku XVII wieku wznieśli termy Validy oraz paszy Arnauta. Te drugie funkcjonują do dziś.

A co poza łaźniami jest do zobaczenia w tym mieście? Można podziwiać barokowe kamienice i imponujący gmach Líceum z obserwatorium astronomicznym i biblioteką, gdzie przechowywane są m.in. listy Mozarta. Naprzeciw Líceum, w miejscu od IX wieku uważanym za święte, znajduje się katedra. Jest to druga pod względem wielkości świątynia na Węgrzech, wybudowana w latach 1831-37. W jej podziemiach mieści się okazała krypta, w której spoczywają egerscy biskupi. Uwagę turystów przykuwa też kościół Minorytów przy placu Dobó. Jest on uważany za najpiękniejszą węgierską
budowlę barokową.

Mimo tylu wspaniałych zabytków i ślicznej starówki, zarówno dla samych Węgrów, jak i gości największym bogactwem miasta i całego regionu są wina.

Egri Bikaver, Egri Muskotaly, wina oparte na szczepach kékfrankos, kadarka, cabernet sauvignon, olasz-rizling, leanyka, chardonney to tylko najsłynniejsze z dostępnych tu szlachetnych trunków. Po dotarciu do miasta miłośnicy win (głównie z Polski i Ukrainy )od razu biegną do Szépasszony-völgy, czyli Doliny Pięknej Pani, by napełnić po brzegi pięciolitrowe plastikowe baniaki. Mieści się tu bowiem największe i najpopularniejsze skupisko piwniczek wykutych w wulkanicznym tufie, który ponoć idealnie nadaje się do przechowywania wina – zapewnia doskonałą wentylację i stałą temperaturę około12 stopni Celsjusza. Tutaj też działa Egerskie Towarzystwo Rycerzy Turystyki Winnej, skupiające mieszkańców nie tylko Egeru, ale i ludzi z całego świata. Rycerzem może zostać każdy, kto posiada wystarczająco tęgą głowę. Nie tyle chodzi tu o odporność na alkohol, co dużą wiedzę na temat lokalnego wina. Delikwenta czeka bowiem niełatwy egzamin, który do tej pory zdało tylko pięćdziesiąt osób. Próbować jednak warto, bo w końcu, kto jak kto, ale Polacy na węgrzynie znać się powinni.



Zamiast wizyty w Dolinie Pięknej Pani (chyba że ktoś ma ochotę na dobry posiłek - znajduje się tu doskonała restauracja) lepiej jest jednak poszukać piwniczek konkretnych producentów. Takich jak Gal Tibor, Vincze Bela czy Thummerer. Wszyscy mają swoje sklepy w Egerze bądź w okolicznych miejscowościach. Można u nich popróbować naprawdę wyjątkowych win, dowiedzieć się czegoś o nich i oczywiście kupić. Znacznie taniej niż w Polsce.

czwartek, 28 stycznia 2010

A na deser...


Widok na Dobo ter z egerskiego zamku.

Superwęgrzyn


Styczeń już się kończy, a tu się nie pojawiła żadna blognotka. Pora nadrobić zaległości, tym bardziej, że jest o czym pisać. Na początek o winie, którego w ostatnim czasie sporo wypiłem. Zacznę od wspaniałego węgrzyna spod egejskiej wsi Noszvaj. Wokół tej miejscowości ma swoje winnice Thummerer, jeden z najgenialniejszych, moim skromnym zdaniem, producentów wina w tym kraju. Zresztą chyba nie tylko moim, w 1995 roku otrzymał tytuł Winiarza Roku.
Podczas weekendowego wyjazdy do Egeru w maju 2008 odwiedziliśmy jego piwniczkę. Tam, po degustacji kilku rodzajów wina, zdecydowaliśmy się na zakup dwóch butelek (chętnie byśmy kupili więcej, ale nie można było płacić kartą, a nie mieliśmy dużo gotówki). Wzięliśmy Egri Bikaver Reserve oraz – jak powiedział nam syn winiarza – ich najlepsze wino, robione na modłę bordoską – Egri Vili Papa Cuvée. Otworzyliśmy je dopiero niedawno. Śmiało mogę powiedzieć, że to jedno z lepszych win, które piłem. Ciemne, prawie bordowe, posiada niesamowicie mocny, tytoniowo-owocowy aromat z lekko wyczuwalną beczką. Ma wyczuwalne taniny. Idealnie pasowało do lekko pikantnego schabu po prowansalsku.
Wadą tego wina jest cena. W Polsce kosztuje ponad trzy razy drożej niż na Węgrzech (około 6700 forintów). Po zaopatrzenie warto zatem wybrać się do Egeru.

środa, 16 grudnia 2009

Super bąbelki


Ostatnio naszła mnie ochota na wino z bąbelkami. Ale takie robione metodą tradycyjną, przez niektórych zwaną szampańską. Ze względu na różnice w cenie skoncentrowałem się głównie na katalońskiej produkcji, czyli cavie. Po dłuższej rozmowie ze sprzedawcą zdecydowałem się na produkt z winnicy Pares Balta, wytwarzającej wina od… 1790 roku. Wziąłem jedną z tańszych butelek, Cavę Brut. Powstała ona z trzech białych szczepów: Parellada, Macabeo, Xarel.lo. Jak na wino tego typu przystało, po krótkiej fermentacji w kadzi zostało zabutelkowane i poddane kolejnej fermentacji. Następnie leżakowało przez co najmniej 18 miesięcy.
Jak smakuje? Rewelacyjnie. Ma zarówno aromat jaki smak owocowy, świeży. Piliśmy je do dwóch potraw (anchois z sosem pomidorowym, piniami i rodzynkami) oraz usmażonych cienkich piersi kurczakach nadzianych suszonymi pomidorami. O ile z pierwszą potrawą piło się je tak sobie (tu jednak chyba bardziej posłowałaby jakaś półwytrawna cava), to z drugą – o niebo lepiej.
Ta cava bardzo przypadła mi do gustu. Nie wykluczone, że będziemy nią świętować Nowy Rok.